Szanowni czytelnicy

Okładka Strefa Jazdy

Rzeczy dziwne i ciekawe

Kto bogatemu zabroni?

 

Zleciały nam te wakacje nie wiadomo kiedy. Człowiek ma jeszcze świeżo w pamięci majowy weekend, a tu już po sierpniowym weekendzie! Po prostu szok, jak ten czas zasuwa. Kartki z kalendarza spadają jak liście w październiku i nic na to nie poradzimy. Pozostaje tylko pielęgnować wspomnienia o lipcowych upałach, piasku na plaży w Kołobrzegu lub Costa Brava i co pewien czas przeglądać setki urlopowych fotek, które każdy teraz ma w swoim laptopie, tablecie, smartfonie albo innym „fonie”.

 

Miałem szczęście i tym razem fotki pstrykałem w Alzacji. Od razu uprzedzam wszelkie pytania – tak, Strasburg również był na szlaku mojej podróży, a pod parlamentem europejskim pozowałem tylko w celach turystycznych. Nie o wrażeniach jednak z oglądania pięknych i bajecznie kolorowych miast i miasteczek na szlaku winnym chcę tu opowiedzieć – a zaręczam, że jest o czym – ale widzę potrzebę podzielenia się z Państwem kilkoma spostrzeżeniami, którym na wstępie przypisuję motto: Polska to bogaty kraj.

 

Ktoś wątpi?

 

To proszę pokazać mi inny kraj w Europie Zachodniej lepiej od Polski oświetlony? Strasburg – stolica zjednoczonej Europy – w sierpniową noc jest pogrążony w ciemnościach, jeśli go porównać do Bydgoszczy, Poznania, Szczecina, Piły itd. Słupy oświetleniowe stoją w nim rzadziej nawet niż w naszych wsiach. Lampy rzucają tyle światła, ile potrzeba, bo nikt raczej po ciemku nie błądzi. Różnica jest zasadnicza – u nas każda ulica ma oświetlenie wręcz stadionowe. No i te przedmieścia… W Polsce wszędzie oświetlenie zaczyna się dobry (jak nie więcej) kilometr od zabudowań. Tam nikt nie pozwala sobie na taką rozrzutność. Jasno jest tam, gdzie ludzie chodzą.

 

Kiedy w nocy po przejechaniu Frankfurtu nad Odrą wjechałem do Świecka a następnie mijałem kolejne polskie wioski, to pomyślałem, że gdybym został ministrem infrastruktury, to bardzo szybko nakazałbym inwentaryzację oświetlenia naszych miast i wsi, a w dalszej kolejności, spowodował wyłączenie co drugiej lampy. Chociaż z matematyki byłem niezły, to nie jestem w stanie wyliczyć, jakie to przyniosłoby oszczędności. Niech się jednak elektrownie nie martwią, ministrowanie mi nie grozi. Słupy oświetleniowe można jeszcze tu i ówdzie dostawić.

 

Drugi temat – ścieżki rowerowe. W bogatej Francji raczej nie budują autostrad dla rowerów tak, jak u nas, chociaż cyklistów jest tam więcej. W Strasburgu, Colmar, a nawet w Luksemburgu – stolicy najbogatszego kraju w Europie – ścieżki są wydzielone z chodników. Po prostu, mniej więcej w połowie chodnika pomalowano linię, a co jakiś kawałek znak: droga dla rowerzystów i sprawa załatwiona. Rowerzyści śmigają aż miło. U nas prawie każda ścieżka rowerowa, to duża inwestycja, na której zarabiają właściciele gruntu, planiści, geodeci, kamieniołomy (dostarczają podsypkę), firmy produkujące rury PCV (odwodnienia) i wreszcie budowlańcy. Za ogromne pieniądze powstają autostrady rowerowe, o jakich Francuzi i Niemcy mogą tylko pomarzyć.

 

Trzeci temat – znaki drogowe. Z Piły do Świecka jest ok. 200 km, od Świecka do Strasburga ok. 900 km. Miałem nieodparte wrażenie, że na naszym odcinku stoi dwa razy więcej znaków drogowych, chociaż za granicą była autostrada, z której jest mnóstwo oznakowanych zjazdów. Co gorsza, ta masa znaków w żaden sposób nie przekłada się na bezpieczeństwo jazdy i komfort kierowcy. Po co ich tyle nastawiano? Trudno mi to wyjaśnić. Podejrzewam, że działa tu mechanizm urzędniczego asekuranctwa – dla świętego spokoju postawmy znak zakazu lub ograniczenia…

 

Czwarty temat – autostrady. W sierpniu w Polsce temat płatnych autostrad stał się dosłownie tak gorący, że oparzył premiera Tuska. Wystarczyło kilka godzin w korku na bramce przed Trójmiastem, żeby rząd podjął decyzję o podniesieniu szlabanów na kolejne weekendy. Zarządcy autostrad tłumaczą się, że nie przewidzieli takiej masy pojazdów (słyszałem w radiu, jak rzeczniczka firmy Gdańsk Transport Company powiedziała, że byli przygotowani na dwa razy mniejszy ruch pojazdów). Wicepremier Bieńkowska w swoim stylu tłumaczyła, że „gdzie są bramki, tam muszą być korki”, a kierowcy, od których pobrano pieniądze za przejazd, godzinami tkwili w rozgrzanych samochodach, złorzecząc na czym świat stoi. Dla mnie pokłoniła się po raz kolejny pazerność firm, które mają monopol na pewne towary i usługi w Polsce. We Francji na płatnych autostradach bramki są dwa albo i nawet trzy razy szersze, żeby ruch odbywał się w miarę płynnie. W Polsce najchętniej by postawiono jedną bramkę i posadzono w budce jednego człowieka zatrudnionego na „śmieciówce”, żeby było najtaniej. Bo inwestycja musi się zwrócić – tłumaczą zarządcy autostrad takim tonem, jakby ten zwrot miał za tysiąc lat nastąpić, a tymczasem fakty są takie, że autostrady przynoszą kolosalne zyski – 61 km odcinek A4 między Krakowem a Katowicami 1 mln zł za 1 km rocznie! Ale oszczędzać na Polakach trzeba. Inna sprawa, że bardzo to bezpieczne, gdyż nic dusigroszom nie grozi – jak się naród wkurzy, to rząd zapłaci… W kasie musi się zgadzać.

 

Jak na tym tle wyglądają niemieckie autostrady nie warto nawet wspominać. Po nich się po prostu jeździ i niczym nie martwi. Nawet jak Niemcy wprowadzą (a o tym się już mówi) winiety, to te roczne będą zapewne tańsze, niż u nas jednorazowy przejazd A2 od Konina do Świecka.

 

I na koniec prawdziwy rodzynek. Jeździłem przez kilka dni po Francji, Luksemburgu i Niemczech, pokonałem prawie 3 tysiące kilometrów i nie widziałem policji, aż do dnia powrotu do Polski. Wystarczyło przekroczyć granicę na Odrze i już mignęły mi dwa samochody policyjne, trzeci stał za miastem. Po tygodniu bez widoku policji, poczułem się jak w jakimś niebezpiecznym kraju. Pal licho ja – przyzwyczajony do tego, że policji u nas gęsto, ale co w takich momentach myślą obcokrajowcy? Nawet nie będę zgadywał.

 

 

Edmund Wolski

W bieżącym numerze

Archiwum