Patrzymy zamiast pomagać. Dlaczego?

dodano: 07.11.2014 - 09:31

Pierwsza pomoc przedmedyczna to temat wałkowany od lat przez różne środowiska, propagowany przez liczne instytucje czy organizacje, na wielu etapach życia - i to w różnym wieku - jesteśmy „wciągani” w tego typu szkolenia. Mimo to aż 63 proc. Polaków boi się udzielać pierwszej pomocy z obawy, że swoimi czynnościami nie pomogą, a zaszkodzą.

 

Europejska Rada Resuscytacji wskazuje, że około 100 tys. osobom z nagłym zatrzymaniem akcji serca w Europie udałoby się uratować życie dzięki udzieleniu pierwszej pomocy na etapie przedmedycznym. Średnio rocznie około 400 tys. osób na starym kontynencie ulega nagłemu zatrzymaniu akcji serca, z czego trzy czwarte z nich poza szpitalem. Według statystyk tylko w jednym na pięć przypadków osoby postronne, w dodatku najczęściej bliscy ofiary, podejmują się ratowania ofiary mimo, że wokół nie brakuje ludzi, najczęściej niestety biernych obserwatorów sytuacji. Kolejne dane przerażają jeszcze bardziej: tylko jedną na dziesięć osób udaje się uratować, ponieważ natychmiastowa pomoc, jeszcze przed przyjazdem zespołu ratownictwa medycznego, jest kluczowa i niezbędna. Kiedy dochodzi do zatrzymania akcji serca, a w tym momencie nie jest istotne, czy wskutek chociażby zawału, czy wypadku komunikacyjnego, nie można się ograniczyć jedynie do wezwania pogotowia, konieczne jest samodzielne podjęcie akcji reanimacyjnej. Tutaj absolutnie nie ma czasu na wahanie, na uratowanie życia pozostaje wtedy jedynie kilka minut, a kluczowe są naprawdę pierwsze chwile.

 

Z badań Instytutu Research Mix, które przeprowadzono przed trzema laty wśród młodzieży szkolnej wynika, że ponad połowa młodych ludzi nie udzieliłaby pierwszej pomocy samodzielnie. Aż 63 proc. nie zrobiłoby tego z obawy, iż zaszkodzą ofierze. To żadne pocieszenie, jednak według tych badań Polacy nie są niechlubnym wyjątkiem, bowiem bardzo podobnie jest w pozostałych krajach Unii Europejskiej. Według Europejskiej Rady Resuscytacji, bez wahania pierwszą pomoc udziela w Wielkiej Brytanii 30 proc. świadków zdarzenia, w Niemczech raptem kilkanaście procent, w Hiszpanii jeszcze mniej. In plus wyróżniają się Holandia i Szwecja, gdzie odsetek ten przekracza 60 proc. Efekty? W Wielkiej Brytanii czy Europie Wschodniej udaje się uratować od 2 do 12 procent ofiar, w Holandii i Szwecji działania amatorów, które po kilku minutach przejmują profesjonaliści ratują życie 60 proc. poszkodowanych.

 

Niby wiemy jak, ale…

 

W opinii specjalistów problem nie leży wcale w niewiedzy, a właśnie w strachu. Wbrew pozorom, na co na wszelkich szkoleniach duży nacisk kładą instruktorzy, udzielanie pierwszej pomocy jest banalnie proste. Ludzi jednak paraliżuje strach oraz niesamowity stres, który jest rzeczą normalną w sytuacji kryzysowej, w dodatku tak nagłej, jak wypadek. Problem dziś już niekoniecznie leży w braku szkoleń z technicznych aspektów udzielania pomocy przedlekarskiej, ale w szkoleniach psychologicznych pozwalających panować nad strachem i stresem. W szkoleniach udział brał praktycznie każdy, zwłaszcza młody bądź w średnim wieku człowiek. Organizowane są one w szkołach, zakładach pracy, kursach prawa jazdy, czasem na szkoleniach BHP, festynach czy podobnych eventach. Brakuje jednak ich powtarzalności, a te organizowane na etapie edukacji szkolnej nie są najwyższej jakości. Wciąż może dziwić fakt, że jeszcze nikt nie zaproponował prawdziwej rewolucji i z udzielania pierwszej pomocy nie wprowadził osobnego przedmiotu w szkole (na każdym etapie – szkoła podstawowa, by uświadamiać dzieci, gimnazjach, gdy nastolatkowie pretendują do bycia dorosłymi, w końcu w szkołach średnich) z poważnym egzaminem końcowym, warunkującym ukończenie szkoły tak samo, jakim jest warunek unikania choćby jednej oceny niedostatecznej z jakiegokolwiek przedmiotu. I traktowanie tej wymagalności bardzo poważnie. Skoro szkolenia z pierwszej pomocy oraz jej udzielanie ma być z technicznego punktu widzenia tak banalną czynnością, to co stoi na przeszkodzie, by egzamin z jej udzielania był integralną i bardzo poważnie traktowaną częścią… egzaminu dojrzałości, do którego przygotowywani jesteśmy przecież przez kilka lat?

 

W sytuacji zatrzymania akcji serca i nieudzielenia pierwszej pomocy szanse na uratowanie życia spadają o 10 proc. co minutę, a po 2-4 minutach bez wykonywania oddechów ratowniczych znajdujące się we krwi tętniczej rezerwy tlenu wyczerpują się. Miejmy świadomość i uświadamiajmy innych, że każda minuta naszych obaw może zatem kosztować kogoś utratę życia.

 

Boimy się mitów, faktów nie znamy

 

 

Cały materiał przeczytasz w Strefie Jazdy